Wywiad z Maciejem Szczurowskim, dyrygentem rezydentem w Orkiestrze Kameralnej Archetti w edycji 2025/2026.
Maciej Szczurowski – młody dyrygent o imponującej muzycznej wyobraźni, studiujący dyrygenturę symfoniczno-operową na Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach w klasie prof. Szymona Bywalca. W ramach studiów magisterskich konsekwentnie rozwija swój warsztat i artystyczną wrażliwość, czerpiąc z doświadczeń zdobytych podczas kursów mistrzowskich prowadzonych m.in. przez Michała Klauzę i Marco Angiusa. Na swoim koncie ma współpracę z zespołami o różnym charakterze i temperamentach brzmieniowych – od Orkiestry Kameralnej Archetti, przez włoski AltreVoci Ensemble, po Śląską Orkiestrę Kameralną i Ukraińską Orkiestrę Symfoniczną Nadiia (NUSO). Szczególne miejsce w jego działalności zajmuje muzyka współczesna – nie tylko ją wykonuje, lecz także nadaje jej nowy kształt, prawykonując dzieła młodych kompozytorów polskich. Współpracował z Orkiestrą Muzyki Nowej oraz kierowanym przez siebie apeiron ensemble, który powstał z pasji do odkrywania brzmień jutra. Maciej Szczurowski angażuje się również w działalność edukacyjną – prowadzi warsztaty poświęcone muzyce XX wieku dla młodych adeptów sztuki, a także współpracuje z Polską Młodzieżową Orkiestrą Symfoniczną, inspirując kolejne pokolenia muzyków do odwagi w myśleniu i tworzeniu.
Spotkanie z Maciejem Szczurowskim to rozmowa o pasji, precyzji i odwadze w szukaniu muzycznej prawdy. Jego spojrzenie na orkiestrę jako żywy organizm, w którym spotykają się emocje, wiedza i wrażliwość, doskonale wpisuje się w artystyczny klimat Orkiestry Kameralnej Archetti. Już niebawem publiczność będzie mogła usłyszeć owoce tej współpracy – koncerty, w których klasyka spotka się z nową energią, a muzyka zabrzmi pełnią autentyzmu i pasji.
Kiedy staje Pan przed Orkiestrą, co jest pierwszą myślą: partytura, muzycy, czy publiczność – i dlaczego akurat to?
Punktem wyjścia jest dla mnie zawsze partytura – to od niej wszystko się zaczyna. To właśnie w momencie pierwszego kontaktu z utworem rodzi się wizja, zaczynają pojawiać się pomysły interpretacyjne i emocjonalne tropy, które potem staram się przekuć w rzeczywistość muzyczną.
Jednocześnie bardzo ważny jest dla mnie sam zespół – staram się go poznać jeszcze zanim rozpocznie się próba. Obserwuję muzyków, ich sposób poruszania się, komunikowania, relacje w grupie. Zwracam uwagę, kto ma w sobie naturalne cechy lidera, kto jest bardziej wycofany, jak układa się dynamika między poszczególnymi osobami. Orkiestra to żywy organizm – każda ma swoją własną energię, rytm i sposób reagowania, więc zrozumienie tego jest kluczowe.
Dyrygent z natury przychodzi z zewnątrz, dlatego ważne jest, by jak najszybciej wyczuć, z kim się pracuje i czego można się spodziewać. Pierwsze spotkanie to zwykle etap wzajemnego „badania się” – sprawdzania, jak moja wizja utworu współgra ze stylem gry i pracy orkiestry - nad czym popracować, a co w koncepcji warto zmienić.
Ten proces to nieustanne poszukiwanie równowagi – między tym, czego ja oczekuję, a tym, co oferuje zespół - wszystko po to, żeby dzięki relacji osiągnąć dobry efekt. Czas jest zawsze ograniczony, więc trzeba umieć elastycznie reagować. Dla mnie właśnie ten kontakt z orkiestrą, wzajemne dostosowanie się i wspólne odkrywanie muzyki stanowi najważniejszy element całej pracy dyrygenta.
Czy program Dyrygent - rezydent daje możliwość na pokazanie własnej indywidualności?
Program Dyrygent - rezydent rzeczywiście daje dużą swobodę w tym zakresie. Jedynym formalnym wymogiem jest obecność jednego polskiego utworu w repertuarze każdego koncertu prowadzonego przez dyrygenta rezydenta – poza tym ramy są bardzo szerokie. Oczywiście wszystko zależy też od możliwości danej instytucji.
Ja miałem ogromne szczęście – opiekun rezydencji, dr Maciej Tomasiewicz poprosił, abym przygotował propozycje programów koncertów. Ostatecznie część z nich musiała zostać dostosowana do realiów wykonawczych, ale mimo tych zmian zachowały one kierunek, który jest mi artystycznie bliski. Finalny kształt programu różni się nieco od pierwotnego zamysłu, ale jego szkielet, idea i muzyczny charakter pozostają moim autorskim pomysłem – co bardzo wiele dla mnie znaczy.
Gdyby miał Pan opisać swój styl dyrygowania nie słowami muzycznymi, a obrazem – to co by to było?
Nie chciałbym sam tych obrazów wymyślać – to raczej zadanie dla publiczności i krytyki. Na tym etapie traktuję styl jako coś, co dopiero się kształtuje, co wynika z doświadczenia i rozwoju, więc wolałbym nie zamykać go w żadnej metaforze.
Mogę jednak zdradzić pewną ambicję artystyczną, która towarzyszy mi w pracy i którą rzeczywiście można przedstawić obrazowo. W Katowicach, przy ulicy Żwirki i Wigury znajduje się wspaniały modernistyczny drapacz chmur, zbudowany w latach trzydziestych dla Izby Skarbowej. To budynek o charakterystycznej, kaskadowej wznoszącej się ku górze bryle. Ta architektura zawsze mnie fascynowała – jej proporcje, przejrzystość, sposób, w jaki forma odsłania się przed obserwatorem.
Podobnie chciałbym budować muzykę – tak, aby forma była czytelna i harmonijna, żeby każdy element miał swoje miejsce i wspólnie tworzył spójną, logiczną całość. To właśnie ten rodzaj równowagi i przejrzystości staram się odnaleźć w muzyce, kiedy staję przed orkiestrą.
Muzycy często mówią, że najlepsze koncerty są wtedy, gdy „coś się wydarza” poza nutami – jakie było Pana najbardziej nieoczekiwane, a jednak twórcze doświadczenie na scenie?
Wybór jednego, konkretnego momentu bywa trudny. Co do zasady muzyka współczesna, która należy zresztą do moich największych pasji obfituje w sytuacje, w których „coś się dzieje” poza nutami - zwłaszcza najnowsze dzieła siłą rzeczy zaskakują. Nie ma koncertu, na którym nie pojawiają się elementy niespodzianki i zaskoczenia, a te zaskoczenia powstają nie tylko pomiędzy wyobrażeniem o utworze zawartym w partyturze i jego wykonaniem, lecz także między ludźmi na scenie. Szczególne w tym względzie było doświadczenie współpracy z Orkiestrą Muzyki Nowej – to zespół, który na każdym koncercie daje z siebie absolutnie wszystko. Każdy muzyk wnosi swoją energię i indywidualny wkład, dzięki czemu powstaje wartość dodana, często wykraczająca poza próby i nawet poza to, co zapisane jest w nutach. To doświadczenie pracy z tym zespołem było dla mnie zdecydowanie najbardziej bogate w nieoczekiwane przeżycia.
Czy ma Pan swoją „cichą playlistę” – muzykę, której Pan słucha prywatnie i czy myślał Pan kiedyś przełożyć ją na program koncertu z orkiestrą?
Moja lista jest długa i staram się, aby jej ślady pojawiały się również w programach koncertowych, które tworzę. Ostatnio zafascynowały mnie mniej znane symfonie Mozarta, zwłaszcza te wczesne. Klasyczna symfonia to niezwykle ciekawy, a w Polsce wciąż niedoceniany gatunek, praktycznie nieobecny w życiu koncertowym. W programie jednego koncertu z Orkiestrą Kameralną Archetti znajdzie się choćby symfonia D - dur „La finta giardiniera” Mozarta – której dwie pierwsze części wykorzystane były jako uwertura tytułowej opery.
Oprócz klasyki, wciąż inspiruje mnie muzyka współczesna, o której już wspominałem, a szczególnie muzyka nordycka. Wielkim szacunkiem darzę twórczość kompozytorów takich jak tegoroczny jubilat, słynny Arvo Pärt, Per Nørgård, czy Magnus Lindberg – ich muzyka wciąż mnie porusza i na pewno prędzej czy później znajdzie to odbicie w doborze repertuaru.
Jeśli miałby Pan zaprosić do wspólnego koncertu dowolną postać z historii muzyki – żyjącą bądź nie – kto by to był i dlaczego?
Nie ma jednej osoby, którą mógłbym wskazać bez wahania – zawsze musiałbym kogoś pominąć. Może zamiast tego wspomnę o dwóch, którzy są dla mnie jak dwa bieguny wrażliwości, które szczególnie mnie intrygują.
Z jednej strony jest Robert Schumann – kompozytor obdarzony niezwykłym zmysłem i głębokim uczuciem, a przy tym nieszablonowy w swoich rozwiązaniach muzycznych. Jego twórczość, pełna emocji i wrażliwości, wywarła na mnie ogromny wpływ, choć życie Schumanna nie było pozbawione trudności, które niewątpliwie kształtowały jego muzyczną ekspresję.
Z drugiej strony fascynuje mnie Pierre Boulez – francuski kompozytor znany ze swojego „ostrego języka”, niezwykłej precyzji i rygoru formalnego. Te, bardzo różne przecież postawy stanowią dla mnie wielkie źródło inspiracji.
Co bardziej inspiruje Pana w pracy z orkiestrą: precyzja czy momenty ryzyka, kiedy muzyka może wymknąć się spod kontroli?
Jestem zdecydowanie zwolennikiem precyzji. To jednak nie oznacza, że w pracy z orkiestrą nie trzeba czasami zaryzykować. Wręcz przeciwnie – bycie precyzyjnym nie polega na graniu tylko i wyłącznie „bezpiecznie”.
We właściwie rozumianej precyzji wykonania widziałbym wierne oddanie woli kompozytora i uchwycenie sensu muzyki. Czasami, tak jak chociażby w przypadku Schumanna, dotarcie do sedna utworu wymaga właśnie odwagi – pełnego zaangażowania i idącego za nim ryzyka. Innymi słowy, w dobrym wykonawstwie dokładność i zaangażowanie łączą się w poszukiwaniu muzycznej głębi.
Gdyby przyszło Panu stworzyć nietypowy projekt crossover, jaką dziedzinę sztuki lub styl muzyczny chciałby Pan dołączyć do klasyki?
Współczesna kultura oferuje wiele inspirujących wzorców łączenia różnych dziedzin sztuki — zresztą nie tylko współczesna, bo przecież już opera była formą „crossoveru”, łączącą muzykę, teatr i sztuki wizualne. Takie połączenia są niezwykle cenne i ubogacające.
Osobiście jestem jednak wielkim zwolennikiem muzyki absolutnej – takiej, która wystarcza samej sobie. Jeśli czerpie inspirację z innych dziedzin, to czyni to w sposób subtelny, ukryty. Choć oczywiście nie wykluczam dialogu między sztukami! Bardzo bliski jest mi na przykład utwór Death of Light / Light of Death Jonathana Harveya, inspirowany sceną ukrzyżowania ze wspaniałego, późnogotyckiego ołtarza z Isenheim Matthiasa Grünewalda. Kompozytor muzycznie portretuje pięć postaci obecnych pod Krzyżem – to niezwykły przykład przenikania się malarstwa i dźwięku.
Innym źródłem inspiracji są dla mnie sztuki wizualne, które od początku XX wieku dążą do statusu podobnego do muzyki – oderwania się od dosłownego znaczenia i poszukiwania czystej ekspresji. Bliskość tych dwóch światów uważam za fascynującą. Widziałbym je jednak raczej jako swobodnie się do siebie odnoszące niż bezpośrednio związane – jako równoległe, wzajemnie dopełniające się formy ludzkiej ekspresji.
Czy pamięta Pan moment w swojej karierze, kiedy muzyka totalnie Pana zaskoczyła – coś, czego nie dało się przewidzieć z nut?
Najczęściej takie momenty zdarzają się w muzyce współczesnej – ona właściwie zawsze potrafi zaskoczyć. Choć trzeba przyznać, że również w barokowych utworach pojawia się przestrzeń na element nieprzewidywalności. Zresztą światy muzyki dawnej i współczesnej łączy właśnie pewna zwiększona otwartość na inwencję wykonawcy - oba dostarczają więc okazji do spontaniczności.
Najbardziej wyjątkowe są jednak prawykonania. To absolutnie unikalne doświadczenie – kiedy utwór, który nigdy wcześniej nie zabrzmiał - co najwyżej w wyobraźni kompozytora, na próbie wybrzmiewa po raz pierwszy. Zawsze wtedy dzieje się coś nieoczekiwanego. Nie ma prawykonania bez zaskoczenia.
Gdyby miał Pan wybrać jedną nutę, która najlepiej opisuje Pana osobowość jako dyrygenta, jaka by to była?
Przyznam, że to pytanie daje mi wiele do myślenia – trudno o jedną konkretną odpowiedź. Nuta jest przecież tylko częścią większej całości, elementem systemu, w którym nabiera sensu dopiero w relacji z innymi.
Jako dyrygent staram się dążyć właśnie do tej pełni – do bycia całością, a nie pojedynczym dźwiękiem. Dlatego nie chciałbym być jedną nutą. Wolę być kimś, kto łączy je w spójną muzykę.
Patrząc w przyszłość: jak chciałby Pan, aby Pana czas w Jaworznie zapisał się w pamięci orkiestry i publiczności?
Choć nie jest to moje pierwsze spotkanie z Orkiestrą Kameralną Archetti, gdy pojawiam się w nowym miejscu, chciałbym, żeby to nie było tylko jednorazowe wydarzenie, ale początek czegoś trwalszego. Chciałbym budować dobre, żywe relacje z zespołem i publicznością.
Program, który przygotowaliśmy, jest bardzo ambitny – to wymagające zadanie, ale też niezwykle satysfakcjonujące. Mam poczucie, że możemy wspólnie stworzyć coś wyjątkowego: muzykę na wysokim poziomie, pełną emocji, która zostanie w pamięci słuchaczy na długo.
Archetti to młody, dynamiczny i ambitny zespół – tę energię czuć od pierwszej próby. Bycie jego częścią to dla mnie ogromna radość i zaszczyt. Do zobaczenia w Jaworznie, na koncertach, na które już teraz serdecznie wszystkich zapraszam.
Dziękuję za rozmowę.
Anna Galas